Jeśli spojrzeć na zagadnienie
w możliwie najbardziej uproszczony i naiwny sposób,
breatharianizm jest jedną z wielu diet żywieniowych. Trudno
jednak podtrzymać to stanowisko mając na uwadze niezwykłość
breathariznizmu i to niezwykłość pod każdym względem. W tej
diecie je się... NIC! i pije... NIC! Stąd właśnie taka, a nie
inna nazwa - wydaje się, że ludzie ci żyją jedynie
powietrzem, światłem. Inna popularna nazwa breatharianizmu to
dieta praniczna, od hinduskiego określenia oznaczającego
uniwersalną kosmiczną energię. Tyle jeśli chodzi o
definicję.
Komukolwiek opowiedziałem o
breatharizniźmie, reakcja - nawet u ludzi o dość otwartym
światopoglądzie - była zawsze jednakowa: to niemożliwe,
jestem gotów(owa) uwierzyć w najróżniejsze cuda, ale to już
za dużo.
Kiedy po raz pierwszy
usłyszałem o osobach, które nie muszą przyjmować pokarmów,
pomyślałem, że egzystują chyba na granicy życia i śmierci,
w skrajnym wycieńczeniu. Wydawało mi się, że aby żyć bez
jedzenia, trzeba być mistykiem, ascetą, który współcierpi z
Bogiem dla zbawienia świata. Tak postrzegałem Teresę Neumann i
słynną Francuzkę, Martę Robin. Dziś, po wielu latach
zajmowania się tematem 'niejedzenia', po osobistych kontaktach z
osobami, które żyją powietrzem, dochodzę do wniosku, że
szybko rozprzestrzeniający się w świecie breatharianizm może
zaowocować zmianą dotychczasowych poglądów na życie
człowieka oraz przyczynić się do koniecznego w dzisiejszych
zmerkantylizowanych czasach uduchowienia ludzkości.
Tyle na temat breatharianizmu
mówi Antoni Przechrzta, założyciel działającego w Londynie i
Warszawie Instytutu Realizacji Siebie. Nie ma on najmniejszych
wątpliwości, że człowiek, dzięki odpowiednim technikom
rozwoju duchowego jest w stanie osiągnąć stan pełnego
zestrojenia z otaczającym go światem. Nie musi przyjmować
pokarmów, witamin, minerałów, a przy tym może żyć w pełni
normalnie, nie traci na wadze. Nawet więcej, zyskuje zdrowie,
spokój ducha, niesłychaną wrażliwość, pełnię sił
psychicznych i fizycznych. Osiąga jedność ze światem, wyzwala
się z kajdan, jakim są ograniczenia naszego ciała, a przy tym
z niego nie rezygnuje. Jednak te kwestie, które dotychczas
warunkowały jego życie, czyli potrzeby ciała schodzą na plan
dalszy, nie muszą być zaspokajane, a raczej są zaspokajane w
sposób znacznie pełniejszy i doskonalszy, poprzez kontakt z
bogiem, duchem, uniwersalną energią, praną, czy jakkolwiek
nazwiemy ową siłę wypełniającą świat.
Od zarania dziejów ludzkość
doceniała zdrowotne [podkreślić należy, iż zdrowotne
zarówno dla ciała, jak i dla duszy] oddziaływanie
długotrwałego postu. Najbliższym naszemu kręgowi kulturowemu
jest post Jezusa, dzięki którego oczyszczającemu wpływowi
zdołał się on przeciwstawić Szatanowi. Wśród kultur tzw.
'prymitywnych', gdzie zaistniał szamanizm, długotrwałe
odosobnienie i właśnie post pozwalały na osiągnięcie wizji,
na wejście na duchową drogę szamana. Ograniczenie do minimum
spożywanych pokarmów jest w mniejszym lub większym stopniu
obecne w każdej niemal religii Wschodu. Rzeczywistość
pokazuje, że można się posunąć jeszcze dalej - zrezygnować
z pożywienia.
Właśnie w Azji rozwinął się
fenomen, określany mianem bigu, który w ostatnich latach
został importowany do USA i wzbudził tam wyjątkowo szerokie
zainteresowanie. Otóż niektórzy z adeptów sztuki Qigong, po
długoletnich naukach u największych mistrzów tej szkoły
ćwiczeń energetycznych, harmonizujących ciało i umysł,
przestają odczuwać potrzebę jedzenia. Przedstawiciele tego
nurtu twierdzą, iż osiągają pełne dostrojenie człowieka do
natury Wszechświata. U tych, którzy na drodze duchowego
samorozwoju osiągnęli największe postępy pojawia się
niekiedy stan uwolnienia od wszelkich potrzeb ciała - bigu.
Osiągnięciu bigu towarzyszy
niezwykle intensywny rozwój psychiki, stałe i niezwykle
wyraźne zmiany dotykają ducha. Właściwie należałoby
powiedzieć, że nie są one skutkiem bigu, ale oba te syndromy
dotykające ciało i ducha są wynikiem samorozwoju. Nie sądzę
również, iż jest to domena wyłącznie Qigongu. Historia
pokazuje, iż nie ma znaczenia tu technika - droga, którą
podążamy do celu. Istotne są efekty, jakie uzyskujemy.
Wszyscy, bez wyjątków, adepci Qigongu podkreślają zmianę
swojego nastawienia do świata [oczywiście na lepsze],
polepszenie zdrowia, samopoczucia, niewielką potrzebę snu.
Podobne efekty uzyskują praktykujący Jogę, ReiKi...
Z punktu widzenia
współczesnej, oderwanej od ducha, medycyny, stan całkowitego
niejedzenia wydaje się być niemożliwością. Ale również z
punktu widzenia medycyny odrzucenie pokarmów pozwoliłoby
zlikwidować groźbę wielu chorób, zapobiec uszkodzeniom
licznych narządów wewnętrznych. Pokarmy niosą bowiem ze sobą
ogromną ilość toksyn, które choć sprawnie wychwytywane i
neutralizowane przez nasz organizm nieuchronnie prowadzą do
pogorszenia stanu zdrowia.
Najlepiej przebadaną medycznie
przedstawicielką szeroko pojmowanego breathariznizmu jest bez
wątpienia niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann. Przez 17 lat
jej jedynym posiłkiem była przyjmowana codziennie hostia, a
jedynym 'napojem' - zwilżenie ust odrobiną wody. Badania
kliniczne potwierdził fakt, iż faktycznie nie jadła ona niemal
nic - jej przewód pokarmowy znajdował się w trakcie procesu
zanikania, jelito grube skurczyło się do grubości ołówka!
Inna Niemka, Maria Further żyła jedynie wodą mineralną...
przez 52 lata! W czasie trzytygodniowych badań zauważono u niej
podobny efekt, jak u pani Neumann, a ponadto potwierdzono jej
doskonałe zdrowie. Po badań ponad 70-letnia kobieta wróciła
pieszo do domu odległego o 60 kilometrów...
Faktem jest, że breatharianizm
może pojawić się nijako spontanicznie, bez wieloletnich
studiów według wschodnich reguł. Zawsze jednak towarzyszy temu
niezwykłe uduchowienie uduchowienia człowieka. Dlatego też,
według dr Karla Graningera, badacza tych zjawisk, oddychaniu
pranicznemu, życiu tylko uniwersalną energią, towarzyszą
głębokie przemiany charakteru, ogromna wiara, cierpliwość,
dobroć, zrozumienie. Nie każdy więc może osiągnąć ten
stan. Antoni Przechrzta, na podstawie własnego doświadczenia
potwierdza, że nawet adepci wschodnich technik duchowych, jeśli
nie okazywali się niedojrzali duchowo nie byli w stanie
osiągnąć bigu. Po najwyżej kilkunastu dniach musieli
rezygnować, złamani skrajnym osłabieniem, gorączką,
gwałtowną utratą wagi. Zresztą, według tych, którzy mogą
się nazwać breatharianami stan ten pojawia się samoczynnie,
gdy człowiek do niego dojrzeje. Nie można ot tak, postanowić
że przestanie się jeść. Można jedynie podjąć duchowe
starania, mając nadzieję, iż nasz proces samorozwoju okaże
się na tyle skuteczny, iż w pewnym momencie przestaniemy
odczuwać potrzeby ciała.
Najsłynniejszą propagatorką
bratharianizmu jest 44-letnia Australijka, Jasmuheen, która sama
od 8 lat nie przyjmuje pokarmów. Jest autorką wielu książek o
odżywianiu pranicznym, prowadzi autorskie badania na ten temat,
organizmu międzynarodowe konferencje poświęcone związkowi
zdrowia, odżywiania się i ducha. W tym roku gościła w
Warszawie. Snuje ona optymistyczne wizje, przepowiada, iż w
ciągu zaledwie 20 lat, dzięki gwałtownemu rozwojowi wschodnich
technik duchowych zainicjuje się wielki powrót człowieka
Zachodu do kwestii duchowości, a dzięki temu bratharianizm
stanie się dostępny dla coraz to szerszych kręgów ludzi. Na
razie Jasmuheen opracowała trzytygodniowy proces, adresowany do
adeptów najróżniejszych szkół duchowych, który pomóc ma w
przejściu na dietę praniczną. Organizacja, którą Australijka
kieruje - MAPS, szacuje, iż liczba osób żyjących światłem
wynosi co najmniej 10 tysięcy i szybko się zwiększa. MAPS
podejmuje również starania w celu uzyskania
biologiczno-medycznego podparcia koncepcji odżywiania się
powietrzem, wysunięto hipotezę, iż kosmiczna energia jest
asymilowana bezpośrednio na poziomie komórek nadnercza.
Podsumowując, breatharinizm,
choć wymaga starań i poświęceń może się okazać zbawienny
dla pojedynczego człowieka, jak i dla całej ludzkości. Duchowy
rozwój może zapewnić nam prorokowany w wielu religiach wiek
szczęśliwości. Towarzyszący temu stanu bigu uwolni nas od
większości chorób, a także od problemu głodu na świecie.
Tak, wiem jak to brzmi, ale liczę, że to jest możliwe, że
breathariznim, z tym wszystkim, co się z nim łączy, stanie
się przyszłością ludzkości.
na podstawie artykułu Niny
Grella, Dziennik Zachodni nr 150, 29 czerwca 2001r.