Syberyjską tajgę czas - jak się wydaje
- omija z daleka. Prawda, przecina się przez nią teraz największa inwestycja
Związku Radzieckiego, Bajkalsko - Amurska Magistrala (BAM), lecz wystarczy bodaj
kilka kilometrów oddalić się od miejsca budowy, by ocenić piękno nietkniętego
ręką ludzką lasu i - mimo wszystkonikłość wysiłków ludzkich wobec niezmierzonego
zarówno w czasie, jak i przestrzeni trwania przyrody.
Nie
mijające lata zmieniają tajgę, tylko pory roku. Dlatego też gdy sam wreszcie
znalazłem się przed kilku laty w jej ostępach, największą trudność stanowiło
dla mnie cofnięcie się nie o 60 lat, tylko o : 4 miesiące ! Zapewne wówczas,
jak i teraz jednakowo szumiały drzewa i śpiewały ptaki i z pewnością tak samo
ciamkało lepkie błoto, przy każdym kroku zdradliwie wciągające w głąb nogi,
i przebłyskiwały wśród poszycia ciemnorudymi lusterkami wody nieruchome uroczyska.
Tylko że teraz tajga była bardziej jasna, przejrzysta i mieniła się wszystkimi
odcieniami typowych kolorów jesieni: żółci i purpury, A jaka była wówczas ?
Bardziej zielona ? Bardziej gęsta ? Bardziej cicha ?
I
nagle zwalił się na nią oszałamiający huk jakby gigantycznej kanonady. Nieliczni
świadkowie tego dziwnego zjawiska, którzy w czas unieśli głowy, zdążyli dojrzeć
na niebie mknącą ognistą kulę jaśniejszą od słońca. W moment później powietrzem
wstrząsnął wybuch niezwykłej siły. Przerażeni mieszkańcy leżącej wśród tej syberyjskiej
tajgi faktorii Wanawara, którzy wybiegli z rozlatujących się pod wpływem podmuchu
domów, ujrzeli na horyzoncie oślepiającą, ognistą fontannę, która z wolna rozpłynęła
się w grzybopodobną chmurę dymu. Gigantyczny słup dymu nad tajgą zauważono także
w Kireńsku nad Leną (odległym od Wanawary o 450 km), Późniejsze obliczenia wykazały,
że aby mógł on być widoczny z tej odległości, musiał wznosić się co najmniej
na wysokość 20 km. Na kolei transsyberyjskiej w pobliżu Kańska (800 km od Wanawaryl)
maszynista usłyszawszy wybuch zatrzymał pociąg, aby sprawdzić, czy to nie rozerwał
się przypadkiem wieziony przez niego w wagonach towarowych ładunek. Bogatsi
pasażerowie wyciągnęli zegarki. Była godz. 7.17 rano.
Sejsmografy,
które w obserwatoriach geologicznych Taszkientu i Irkucka zarejestrowały wstrząs
ziemi, zanotowały czas jeszcze dokładniejszy : godz. 7 17 i 11 sek. Jeszcze
przez tajgę przeleciał gwałtowny huragan z trzaskiem łamiący wyższe drzewa. Jeszcze Angara wezbrala
gigantyczną falą, która zmiotła plynących po rzece flisaków. Nieliczni, którzy
się uratowali, twierdzili później, że fala była tak wysoka, iż niosła bale z
rozbitych tratw ustawione pionowo. I potem znów wszystko powróciło do poprzedniego
stanu.
Chociaż
nie wszędzie. W obserwatoriach meteorologiczrlych Petersburga, Kopenhagi, a
nawet Waszyngtonu zanotowano dziwną falę powietrzną, która prawdodobnie obeszła
calą Ziemię i następnego dnia, z opóźnieniem 3O-godzinnym, zanotowana została
jeszcze powtórnie w Poczdamie i Londynie. Tydzień później dyrektor paryskiego
obserwatorium astronomicznego Eslangon na zebraniu Francuskiej Akademii Nauk
zakomunikował, że następnego dnia po wybuchu w Bordeaux było tak jasno, iż jeszcze
o godz. 21:56 możne było swobodnie czytać z odległości 3O cm, zaś dzień później
o godz 21:15 szereg obserwatoriów meteorologicznych zwróciło uwagę na olbrzymią
ilość srebrzystych obłoków na niebie. Prof. N. Wasiliew, który w roku 1968 przeprowadził
szczegółowe obliczenia, doszedł do wniosku , że ogólna powierzchnia tych obłoków
musiala wynosić okolo lO mln km kwadratowych. Wreszcie stacja naukowa w Kalifornii,
która jako jedyna na świecie prowadziła systematyczne pomiary promieniowania
słonecznego, zarejestrowała w ciągu następnych trzech miesięcy silne zmętnienie
atmosfery i znaczne obniżenie nasilenia promieniowania słonecznego.
...im
wiecej zdobywamy wiedzy na temat tunguskiej zagadki, tym trudniejsza staje się
ona do rozwiązania ! Problem zaczyna się od samej trajektorii tego tajemniczego
ciała niebieskiego . Zeznanie naocznych świadków są w tym wzgledzie bardzo różnorodne
: mieszkańcy Kamionki : " leciało na wschód. Oderwało się od słońca."
. Mieszkańcy Kieżmy : leciało z południa na północ, wysoko na niebie".
Mieszkańcy Małyszewki : "Leciało na wschód". Mieszkańcy Niżnielimska
: "Widzieliśmy w stronie wschodniej, ruch ukośny do horyzontu".
Kiedy
się spojrzy na wszystkie te miejscowości na mapie i spróbuje zgodnie z tymi
relacjami ustalić trajektorię, to okaże się, że albo były dwie różne trasy lotu,
albo ciało tuż przed upadkiem gwałtownie zmieniło kierunek lotu. I to do jakiego
stopnla ?!
Według
bardzo szczegółowych badań przeprowadzonych na podstawie zeznań świadków i linii
drgań sejsmicznych, a także na podstawie świeżych śladów katastrofy zarejestrowanych
przez L. Kulika i A. Wozniesienskiego, prof . Astapowicz doszedł do wniosku,
że tunguskie ciało leciało z południa w odchyleniu zaledwie 10° na zachód od
linii południka, Tymczasem obserwacja świadków z miejscowości Preobrażenka,
leżącej 350 km na wschód od epicentrum, a także stwierdzenie A. Zołotowa, że
w miejscu wybuchu drzewa powalone zostały w kierunku zachodnim, nasuwają podejrzenie,
że ciało to ostatecznie zetknęło się z Ziemią lecąc ze wschodu w odchyleniu
aż 115° od południka. Nic dziwnego, że w końcu doc. F. Zigel doszedł do wniosku,
że tajemniczy bolid leciał do Kieżmy z południa, następnie skręcił pod kątem
70° na wschód, przeleciał w tym kierunku około 300 km. do mlejscowości Preobrażenka,
tu jeszcze raz skręcił (tym razem pod kątem 120°) na zachód i po przeleceniu
dalszych 300 km zderzył się wreszcie z ziemią.
Analogia zagadek jednego wybuchu
Nie
ma potrzeby podkreślać, jak dziwna jest dla lotu jakiegokolwiek ciała niebieskiego
taka trajektoria . A przecież i ona nie potrafi wyjaśnić wszystkich osobliwości
"tunguskiego dziwu" (jak w ZSRR powszechnie się to zdarzenie nazywa).
0d
roku 1958, kiedy po śmierci Kulika wznowiono prace badawcze w basenie Podkamiennej
Tunguski, przez 8 kolejnych letnich sezonów przeprowadzano szczegółową inwentaryzację
drzew zniszczonych podczas wybuchu, W tych kłopotliwych i nieefektownych pracach
przez 8 lat brały udział setki ochotników, zanim wreszcie szczegółowo przebadano
w 700 punktach 50000 drzew.
I dopiero wówczas wynik okazał się
rewelacyjny. Obszar objęty wybuchem wynosi łącznie 2200 km. kwadratowych, ale
chociaż epicentrum wybuchu znajduje się niemal w środku - terytorium zniszczenia
drzew nie przypomina koła ani elipsy, tylko raczej kształt... jakby motyla,
przy czym zniszczenia w kierunku "skrzydeł" sięgają na odległość 40
km. od epicentrum. Na podstawie badań powierzchni, którą zniszczył podmuch wybuchu,
określonojego moc na minimum 15 mln. ton trotylu. Zgodnie z tymi obliczeniami
w centrum wybuchu powinien był powstać lej o średnicy około 1 km.
Tymczasem
okazało się, że nie tylko nie ma tego leja, ale w najbliższej okolicy punktu
centralnego zachowały się nawet stojące drzewa (tyle tylko, że pozbawione całkowicie
gałęzi, a częściowo nawet kory). Dopiero w odległości 1,5 - 2 km od gęsto pokrytego
tzw. "lasem słupów telefonicznych" epicentrum inwentaryzacja ujawniła
pierwsze upadki drzew, zaś największe ich zniszczenia zanotowano jeszcze 3-4
razy dalej. Czyżby więc tak potężne uszkodzenia tajgi wywołane rzekomym zderzeniem
meteorytu z Ziemią w istocie spowodowane zostały wybuchem tajemniczego bolidu
jeszcze wysoko nad jej powierzchnią ?
Nie
mniej niezwykłe wydają się informacje na temat przebiegu samego wybuchu. Niektórzy
z naocznych świadków twierdzili, że słyszeli dwa, inni zaś nawet trzy odrębne
wybuchy. Choć dla zderzenia jakiegokolwiek meteorytu z Ziemią jest to zupełnie
nieprawdopodobne - także i różne kierunki upadku drzew dowodzą niezbicie faktu
kilku odrębnych, uderzających w drzewa z różnych stron podmuchów !
A
tu z każdym dniem przybywają wciąż jeszcze nowe, nie rozwiązane zagadki. Wspomniana
już inwentaryzacja drzew wykazała ponadto, że większość z nich została opalona
w wyniku pożaru, który jednak - według N. Kurbatskiego badającego teren w roku
1961 - wybuchł równocześnie na całym obszarze katastrofy ("tak jakby ogień
na cały ten obszar spadł z nieba"). W dodatku G. Zenkin odkrył jeszcze
na gatęziach modrzewi ślady przypominające oparzenia promieniowaniem jonizującym.
Podejrzenia Zenkina potwierdza także w pewnym stopniu, obserwacja ekspedycji
Floreńskiego, iż otaczające bezpośrednio rejon katastrofy drzewa, którym udało
się przeżyć, w ciągu następnych lat wykazywały szczególnie obfity (chyba właśnie
na skutek napromienienia) przyrost słojów rocznych. W tym duchu zresztą również
idzie sugestia kolejnej ekspedycji radzieckiej z roku 1976, która stwierdza,
że "naturalne tempo zmiany dziedziczności roślin w tym rejonie zostało
przyspieszone mniej więcej 12 razy. Być może jest to wynik intensywnego promieniowania,
co odpowiadałoby wersji o nuklearnym charakterze eksplozji." Wprawdzie
w dalszym ciągu sprawozdania ekspedycja przezornie się zastrzega, że "nie
wyklucza się jednak, iż może to być następstwem pożaru tajgi i gwałtownej burzy
magnetycznej, jaka wystąpiła w epicentrum katastrofy", ale w tymże roku
1976 akademik G. Pietrow omawiając w piśmie "Sowietskij Sojuz" zniszczenia
tajgi nad Tunguską pisze dosłownie - "Taki efekt mógl dać wybuch bomby
o mocy 20-40 mln ton trotylu na wysokości 10-15 km. Przewyższa to o 1 do 2 tysięcy
razy moc pierwszej bomby atomowej !" 3. Zniszczona została roślinność w
promieniu wielu mil.
4. Przekrój jednego z modrzewi, który przeżył katastrofę tunguską. Charakterystyczne
są (zaznaczone strzałkami) szczególnie szerokie słoje przyrostu rocznego, które
wystąpiły w ciągu kilku lat po katastrofie.
A
więc wybuch (może nawet nie jeden ?) atomowy wiele kilometrów nad Ziemją ? Ale
nawet i to - zupełnie już nieprawdopodobne dla jakiegokolwiek meteorytu -założenie
też wciąż jeszcze nie potrafi wyjaśnić wszystkich zagadek "tunguskiego
dziwu". Doszło w końcu do tego, że w roku 1966 dwaj naukowcy radzieccy,
I. Zotin z Komitetu ds. Meteorytów Akademii Nauk ZSRR i M. Cikulin z Instytutu
Fizyki Ziemi Akademii Nauk ZSRR zbudowali specjalną makietę tajgi (o rozmiarach
2 x 3 m.) zlożoną z tysięcy "drzew" wykonanych z cienkich, miedzianych
drucików, zakończonych plastikowymi "koronami". Nad makietą tą rozciągali
oni na równej wysokości i pod różnym kątem nachylenia sznur detonacyjny, który
po podpaleniu imitował wybuch nad tajgą, za każdym razem wyginając drucikowe
pnie drzew z różną siłą, w innym zasięgu i kierunku. Wreszcie po kilkunastu
takich próbach Zotkinowi i Cikulinowi udało się uzyskać na swej makiecie wywał
drzew najbardziej zbliżony do zniszczeń w tajdze nad Podkamienną Tunguską. Nastąpiło
to wówczas, gdy sznur detonacyjny został umieszczony w pewnej odległości nad
makietą, skierowany ku niej z bardzo niewielkim nachyleniem (zaledwie 10°) i
w końcowej, najbliższej makiecie części wzmocniony został dodatkowym ładunkiem
wybuchowym.
Ale
cóż to doświadczenie mówi o prawdziwej katastrofie ? Że wybuch nastąpił stosunkowo
wysoko nad Ziemią ? O tym już wiemy, że drugi, silniejszy wybuch nastąpit bliżej
Ziemi, nad samym epicentrum ? I o tym zeznawali naocznl śwladkowie. Jednakże
dzięki temu doświadczeniu obaj naukowcy usiłują wytłumaczyć katastrofę jako...uderzenie
meteorytu w Ziemię. Pierwszy wybuch - według nich - spowodowany został tzw.
bangiem, falą uderzeniową zbliżającego się do Ziemi z naddźwiękową prędkością
bolidu. Po pewnym czasie jednak coraz bardziej wzrastający opór powietrza gdzieś
na wysokości 10 km. nad Ziemią począł kruszyć bolid na coraz mniejsze kawałki,
w wyniku czego nastąpił proces zachodzący przy otwieraniu spadochronu. Powierzchnia
przekroju poprzecznego ciała gwałtownie się zwiększyła, skokowo wzrosło hamowanie,
cała olbrzymia energia kinetyczna meteorytu została błyskawicznie wydalona.
Doprowadziło to do prawdziwego wybuchu fali balistycznejn (Zotkin i Cikulin).
I
istotnie, takie wyjaśnienie może wytłumaczyć dwa kolejne wybuchy. Dlaczego jednak
obaj naukowcy w ogóle nie komentują najciekawszego - moim zdaniem - osiągnięcia
ich doświadczenia : nachylenia trajektorti bolidu względem powierzchni Ziemi,
kt6re bardziej pasuje do... samolotu niż do meteorytu ! I dtaczego nie wspominają
nic o tej olbrzymiej ilości drobnych odłamków meteorytu, które zgodnie z ich
interpretacją doświadczenia - musiały tuż nad epicentrum wybuchu zostać rozsiane
po tajdze?
Gdzie znikł milion ton ?
Ten
brak śladów meteorytu jest jeszcze jedną (kto wie, czy już ostatnią ?) intrygującą
zagadką "tungusklego dziwu". Nie upierajmy się już przy marzeniach
Kulika, który liczył na odkrycie w głębi tajgi gigantycznego (szereg naukowców
na podstawie zniszczeń oceniało jego masę nawet na milion ton !) bloku żelazoniklowego.
Dokonane w międzyczasie naukowe badania i odkrycia wykazały już niezbicie, że
blok taki w całości i nigdy nie dotarł do Ziemi.
Jeżeti
jednak nawet założymy - zgodnie choćby z wyjaśnieniami Zotkina i Cikulina -
że meteoryt rozerwał się tuż nad Zjemią, w całej okolicy musiało to wywołać
zjawisko tzw. deszczu meteorytowego, złożonego z drobnych, bodaj kilogramowych
odłamków. Nietrudno obliczyć, ile ich wówczas musiałoby spaść w promieniu najwyżej
kilkunastu kilometrów od epicentrum wybuchu - okrągły miliard !
Tymczasem
na całym zbadanym obszarze 2200 km kwadratowych nie znaleziono ani jednego !
Niemal 30 lat badano pobrane jeszcze przez Kulika próbki ziemi w poszukiwaniu
bodaj mikroskopijnych cząstek meteorytu. W roku 1957 stwierdzono ostatecznie
ich brak. W latach 1961 - 1962 ponownie przeprowadzono szczegółowe badania próbek
ziemi pobranych tym razem przez Floreńskiego. W glebie 70 km. na wschód od epicentrum
odkryto jakby nieco większą ilość pyłu kosmicznego.
W
latach 1964 - 68 J. Lwow z Uniwersytetu Tomskiego opracował specjalną metodę
wydzielania z torfów pobranych znad rzeki Tunguski mikroskopijnych ciał pochodzenia
nieorganicznego. Po szerokim zastosowaniu tej metody udało się znaleźć w mchach
pochodzących z roku 1908 maleńkie (o rozmiarach od 0,02 do 0,15 milimetra),
jakby szklane kuleczki. Mimo ich mikroskopijnych rozmiarów przebadano je niezwykle
dokładnie. Prof B. Glass z Centrum Lotów Kosmicznych im. Goddarda w Greenbelt
(USA), stwierdził, że materiał z którego kuleczki się składają, nie ma nic wspólnego
z typowymi meteorytami i najbardziej przypomina szkło powstające na Ziemi podczas
wybuchów wulkanicznych. Według analiz instytutu Geologii i Geofizyki AN ZSRR
jednak "sylikaty znajdujące się w kulkach nie są spotykane ani w naturalnej
glebie Ziemi, ani w produktach przemysłowych, ani w obiektach kosmicznych".
Na domiar we wnętrzu wielu kulek znaleziono takie gazy, jak wodór, siarkowodór
czy dwutlenek węgla. Kiedy jednak ustalono ścisłe granice obszaru usianego kulkami,
okazało się, że pokrywają się one z granicami pożaru, jaki przeszedł przez torfowiska
Podkamiennej Tunguski na skutek samego wybuchu. Kto wie, czy te tajemnicze kulki
nie powstały właśnie w wyniku trwającego kilka dni pożaru ? 5. Klasyczny, o
średnicy 840 m. krater meteorytowy Wolf - Creek na płaskowyżu Kimberley w Australii.
Gdzie szukać rozwiązania katastrofy?
Ile
już mamy takich "odkryć tajemnicy" i "ostatecznych rozwiązań,
jeśli chodzi o katastrofę tunguską ? Naukowiec radziecki P. Priwałow zadał sobie
olbrzymi trud, by wreszcie zebrać i zestawić ze sobą wszystkie htpotezy usiłujące
wyjaśnić to tajemnicze zjawisko. Iście benedyktyńska - trzeba przyznać - była
to praca. Na podstawie 390 artykułów, około 180 referatów, ponad 550 popularnonaukowych
esejów, felietonów i notatek, 60 powieści, nowel, a także utworów poetyckich
i dramatycznych, 10 monografii, 5 filmów, a wreszcie audycji radiowych i telewizyjnych,
obrazów, grafiki i wszystkich innych ogólnie dostępnych materiałów zebrał on
aż 77 wysuniętych we wszystkich krajach świata (ale głównie - oczywiście - w
ojczyźnie niezwyklego zdarzenia : Związku Radzieckim) różnych hipotez!
Pracę
swoją Priwałow zakończył na przełomie lat 1968-69 i wydawało się, że nikt już
nie potrafi tego osobliwego katalogu uzupełnić. Od tego czasu udało się jednak
niemal co roku zarejestrować jedną nową hipotezę, także w chwili pisania tej
książki ogólna ich suma dawno przekroczyła już osiemdziesiątkę. I nic jakoś
nie wróży, by niezwykły urodzaj na najróżnorodniejsze próby wyjaśnienia tajemnicy
tunguskiej nagle się skończyły.
Wręcz
przeciwnie. Na podstawie analizy dotychczasowych hipotez można opracować wręcz
pewne "prawo", ustalające częstotliwosc ich narodzin : ilość ich jest
wprost proporcjonalna do postępów nauki i techniki. Ilekroć bowiem pojawia się
jakieś nowe odkrycie lub wynalazek, tylekroć jakiś autor próbuje go wykorzystać
dla wytłumaczenia tej wciąż nurtującej nas zagadki.
Zaczęło
się - jak pamiętamy - od gigantycznego meteorytu. W miarę rozwoju astronomii
i poznawania budowy komet odpowiedzialnością za katastrofę tunguską poczęto
obciążać jądro komety (z początku proszkowe, potem lodowe, w końcu ze śniegu
metanowego). Odkrycie energii jądrowej skierowało nowe hipotezy na tory wybuchu
atomowego, a następnie termojądrowego. Rozwój kosmonautyki przyczynił się do
powstania grupy hipotez na temat katastrofy obcego statku kosmicznego. Potem
zainteresowano się (i w technice, i w katalogu hipotez) laserem. Odkrycia fizyki
dotyczące antymaterii od razu zapłodniły nowe hipotezy "antymaterialne",
potem przyszła kolej na (znów świeżo odkryte przez astronomię) gwiazdy neutronowe
i "czarne dziury". Każda z nich do pewnego stopnia tłumaczy katastrofę
tunguską, sam fakt jednak, że rodzą się hipofezy wciąż nowe, mówi najlepiej,
iż żadna z nlch nie potrafi wytłumaczyć zjawiska do końca ! A wytłumaczyć musimy.
Bo katastrofa tunguska wcale nie była ani jedynym, ani pierwszym, ani ostatnim
tego rodzaju tajemniczym wypadkiem na naszym globie?
W
starych annałach amerykańskich znajduje się informacja o tragicznym pożarze,
jaki w r. 1872 strawił, drewniane wówczas, miasto Chicago. Na pozór nie ma w
tym nic zagadkowego, Zgodnie z oficjalną wersją pożar został wywołany przez...
krowę, która przewróciła w oborze lampę naftową, od niej zajęła się słoma, potem
obora, gospodarstwo, a wreszcie i całe miasto, Jednakże - jak to do dziś często
w stosunkach amerykańskich bywa - obok tej wersji oficjalnej zaprotokołowano
także zeznania dziesiątków naocznych świadków, które zupełnie z tą oficjalną
wersją się nie zgadzają. Otóż świadkowie twierdzą, że pożar wybuchł równocześnie
w różnych punktach miasta. Wielu z nich - mimo iż dzień był bezwietrzny - zaobserwowało
jakby lecące w powietrzu głownie, inni znów podkreślają, że daleko stojące od
siebie pojedyncze domy bez powodu stawały w płomieniach w ułamku sekundy. Bryły
marmuru płonęły ponoć jak węgiel, a metalowa pochylnia nad rzeką stopiła się.
I wreszcie rzecz najbardziej zaskakująca : w czasie pożaru zginęło ponad tysiąc
mieszkańców, przy czym wielu z nich w trakcie ucieczki daleko poza miastem i
w dodatku bez żadnych widocznych obrażeń ! Nie chcę niczego sugerować, ale przyznam
się szczerze, że gdy w Hiroszimie w Muzeum Bomby Atomowej oglądałem przerażające
skutki jej wybuchu, cały czas myślałem o pożarze Chicago. Tylko kto, w jaki
sposób i po co miałby to miasto bombardować?
Ale
oto tym dziwnym pożarem miasta sprzed stu laty zajął się amerykański naukowiec
Chamberlain i stwierdził, że wcale to nie był wypadek sporadyczny. W tym samym
czasie wybuchła cała seria pożarów w stanach Minnesota, Wisconsin, Michigan,
Ilinois, Indiana, Nebraska i Kansas. Wystarczy spojrzeć na mapę, by przekonać
się, że nieprawdopodobna "bomba atomowa" przesunęła się szerokim pasem
nad czwartą częścią Stanów Zjednoczonych siejąc zniszczenie na przestrzeni póltora
tysiąca kilometrów ! Co to było?
A
dokładnie 100 lat później, 10 sierpnia 1972 r. ponownie tuż nad obszarem Stanów
Zjednoczonych (tym razem zarejestrowane w kanadyjskiej prowincji Alberta, a
także w stanach Utah, Montana i Wyoming) przeleciało znów jakieś ciało niebieskie
ziejące ogniem i iskrami, Niezwykłe zjawisko obserwowały tysiące osób, policjant
z miasta Omaha J. Baker zrobił szereg zdjęć, a jego żona nawet nakręciła film,
zaś geodeta ze stanu Montana za pomocą teodolitu ustalił wysokość pozostawionej
przez ciało smugi kondensacyjnej.
Według
pisma "Sky and Telescope", które zdecydowało się ujawnić ten fakt
dopiero po 2 latach, był to olbrzymi meteor ( o masie - według różnych ocen
- od 1100 do 4000 ton), który w ciągu 101 sekund przeleciał 1600-kilometrową
trasę w odległości 55 km od powierzchni Ziemi. "Na szczęście dla mieszkańców
tamtych terytoriów - według "Sky and Telescope" - nie spadł jednak,
tylko odbił się (...) w gęstszych warstwach atmosfery i poszybował z powrotem
w przestrzeń kosmiczną (...). Gdyby spadł na Ziemię, siła upadku odpowiadałaby
wybuchowi od 1 do 4 bomb atomowych, jakie spadły na Hiroszimę i Nagasaki. Na
szczęście - stwierdzili naukowcy - meteory tej wielkości trafiają się niesłychanie
rzadko.
Czy
jednak na pewno ? Jak wobec tego wyjaśnić uzyskaną z Paryża przez PAP lakoniczną
informację, iż "30 sierpnia 1977 roku na Madagaskarze spadł odłamek wielkiego
meteorytu. W miejscu jego zetknięcia z ziemią powstał krater o średnicy 240
metrów".
W
chwili gdy to piszę, ten czwarty już (wliczając w to dziw tunguski") przypadek
zaatakowania naszej planety przez Kosmos, pozostaje calkowitą taajemnicą. Największy
ze znanych na Ziemi meteorytów kamiennych, który spadl w roku 1976 w pobliżu
Kirin w Chjnach, wybił w ziemi krater o średnicy 6,5 m. Meteoryt Kirin waży
1770 kg. Czy można sobie wyobrazić, jak gigantyczny musiał być meteoryt madagaskarski,
skoro wybity przezeń krater mierzy niemal ćwierć kilometra ? Dlaczego poza tym
w informacji tej jest mowa tylko o kraterze, a nic o tak olbrzymim meteorycie
? Czyżby znikł on znów bez śladu, podobnie jak bolid tunguski ? A przy tym to,
co spadło na Madagaskarze jest podobno odłamkiem. Co się więc stało z resztą
? Czyżby tak olbrzymie ciało niebieskie przeleciało nie zauważone tuż obok naszej
planety, zrzuciło na nią swój odłamek i znów odleciało niepostrzeżenie w nieznany
Kosmos ?
Nie,
stanowczo katastrofa tunguska nie jest wypadkiem sporadycznym. I kto wie, czy
rozwiązania tamtej zagadki nie należy szukać gdzieś nad Stanami Zjednoczonymi,
w dawnych popiołach Chicago czy w dżunglach Madagaskaru...