| TOP Dział 09/2010 |
Bogowie.org.pl
| Baian Kara Ula, czyli Obcy są wśród nas... |
"Zaplanowano 20 wypraw. Jeden
ze statków z Syriusza odwiedził dwanaście różnych planet,
ale nie natknął się się na żadne formy życia. Zamieszkana była
dopiero planeta trzynasta, a trzecia w swoim układzie
słonecznym."
W latach 1937-38 chiński archeolog Czi Pu Tei [Chi Pu
Tei], jako członek ekspedycji badawczej odkrył w jaskiniach
górskich zwanych Baian Kara Ula na pograniczu
chińsko-tybetańskim kilka grobów szeregowych. Znajdowały się w nich drobne szkielety istot o filigranowej postaci i stosunkowo
dużych (w porównaniu z budową ciała), wydłużonych
czaszkach. Uczestniczący w wyprawie etnografowie skojarzyli
odkrycie z pradawnymi podaniami krążącymi w tej okolicy.
Mówiły one o dwóch karłowatych plemionach, które starały
się za wszelką cenę unikać kontaktu z ludźmi i nigdy nie
opuszczały regionu, w którym osiadły. Chińscy naukowcy
stwierdzili, że są to szkielety wymarłych plemion Dropa (zobacz galerię !!) i Kham
[Sikang], które ponoć osigały maksymalnie 1,30 metra
wzrostu.
Na ścianach jaskiń znajdowały się osobliwe ryty i
malowidła naskalne przedstawiające istoty w czymś na kształt
hełmów na głowach, w obcisłych kombinezonach opatrzonych
kilkoma rzędami pasów. Obok widniały liczne wizerunki planet,
Słońca i Księżyca, połączone ze sobą wiązkami
wykropkowanych linii. Pozwolę sobie od razu zauwayć iż
zaznaczonych było wszystkie 9 planet naszego układu, co jest
kolejnym dowodem zadającym kłam twierdzeniom, iż w
starożytności nie znano planet położonych za Saturnem.
Podobne wizerunki widnieją w rejonie Kohistanu w południowym
Hindukuszu w Afganistanie, tam Ziemia jest połączona
wykropkowaną linią z Wenus. Nikomu choć trochę obeznanemu z
tematem UFO nie muszę tumaczyć, jak silne budzi to
skojarzenia z mapą, którą Obcy przedstawili 'wziętej' Betty
Hill, której przypadek jest jednym z najbardziej znanych i
spektakularnych przypadków porwań przez istoty pozaziemskie.
Wedle słów Betty linie na tamtym planie, łączące
poszczególne punkty oznaczały trasy komunikacyjne. Czyżby i
tak było w tym przypadku ? Czy zaznaczone szlaki są trasą,
jaką kosmici przybyli na Ziemię? To, co przedstawię poniżej
pozwoli, mam nadzieję uprawdopodobnić tę teorię
Mity mówiące o tajemniczym plemieniu Dropa, które
doczekały się pierwszego poważnego opracowania przez badaczy
dopiero w 1962 roku [między innymi prace profesora Tsum Um Nui],
mówią o ludzie małych ludzi,
którzy ponoćprzybyli z chmur na ziemię.
Archeologom udało się ponadto wydobyć coś, co jest w całym
odkryciu najbardziej sensacyjne - 716 granitowych talerzy o
grubości dwóch centymetrów każdy. Miały one pośrodku
otwór, od którego odbiega podójny rowkowany ciąg znaków.
Jeśli wierzyć inskrypcjom, przedmioty te są pozaziemskiego
pochodzenia. Za tą śmiałą konkluzją świadczy też wiele
innych faktów.
Prace nad granitowymi 'talerzami' prowadził w owym
okresie wspomniany już profesor Akademii Historii Dawnej w
Pekinie - Tsum Um Nui. W owym czasie robiono wszystko, by
wyjaśnić tajemnicę niezwykłego znaleziska. W 1962 stosunki
Chin ze Związkiem Radzieckim były jeszcze niczym nie zmącone.
Umożliwiło to, po dokładnym oczyszczeniu , przesłanie
kręgów do Akademii Nauk w Moskwie. Tam poddano kamienne
relikty dokładnym badaniom. Rezultaty okazały się zaskakujce. Archeologowie we współpracy z geologami odkryli,
że owe 'talerze' charakteryzują się wysoką zawartością
kobaltu oraz domieszek innych metali, co już samo w sobie jest
dziwne jeśli chodzi o granit. Ale na tym nie koniec - badania
oscylografem wykazały, iż każdy z talerzy posiada niezwykle
wysoki rytm drgań, co świadczy o tym, iż kiedyś były
wystawione na działanie prądu o bardzo wysokim napięciu.
W 1962 profesor Tsum Um Nui odcyfrował niektóre ze
znaków wyrytych na płytach. Odczytana relacja była na tyle
niezwykła, że początkowo zabroniono publikacji na ten temat.
Tsum Um Nui nie poddał się jednak i dalej prowadził swe
badania. Jego teorie poparło kolejnych 4 chińskich archeologów
i wyniki jego badań zostały wreszcie opublikowane w 1962. Już
sam jej tytuł wzbudzał liczne głosy sprzeciwu. Nic w tym
dziwnego, skoro brzmiał on: "Inskrypcje związane ze
statkami kosmicznymi sprzed 12000 lat." ! Treść pracy jest
zaś nieporównywalnie bardziej niesamowita, niż tytuł. Czytamy
tam na przykład: "Dropa przybyli z
chmur w unoszących się aparatach. Po dziesięciokroć do
wschodu słońca kryli się nasi mężczyźni, kobiety i dzieci w
jaskiniach [...]. Potem zrozumieliśmy wreszcie z gestów i
znaków dawanych przez Dropa, że nie zamierzają nam uczynić nic złego."
Jednakże nie dane było tej teorii zyskać rozgłosu.
Silny opór środowisk naukowych, a przede wszystkim rewolucja
kulturalna spowodowały, iż profesor Tsum Um Nui uciekł z Chin
do Japonii, gdzie ponownie opublikował swą pracę która
jednak i tu nie spotkała się z cieplejszym przyjęciem.
Zniechęcony badacz jednej z najniezwyklejszych historii w
dziejach ludzkości coraz rzadziej udzielał się publicznie
próbując wzbudzić zainteresowanie swoimi odkryciami. Zmarł po
ciężkiej chorobie w roku 1965. Tymczasem chińscy oponenci
profesora robili wszystko, by zdyskredytować jego pracę.
Oficjalnie uznano, iż odkryte przez Chi Pu Tei szkielety są
szkieletami wymarłego gatunku małp. Cóż, byłby to pierwszy
na świecie przypadek, gdzie małpy dokonały pochówku zmarłych
czonków stada w grobach szeregowych, wyposażając zmarłych
małpich kolegów w kamienne 'talerze' wykonane w niewiadomy
sposób, zawierajce historię przybyszów z kosmosu. Zaiste,
inteligentne małpiszony... Wreszcie, badania szkieletów
jednoznacznie wykazują, iż nie ma tu mowy o małpach. Kościec
jest wyjątkowo delikatny, wątły, co zupełnie nie przystaje do
masywnej budowy kości małp człekokształtnych, podobnie jak
nieproporcjonalnie duże czaszki nie są z całą pewnocią
cechą charakterystyczną małp. Absurdalność takiego
wytłumaczenia nie wymaga, jak sądzę, szerszego komentarza.
Również czynniki oficjalne zaczęły zaprzeczać nie tylko
niezwykłości znaleziska, ale wręcz jego istnieniu. Na
szczęście śmierć Tsum Um Nui nie spowodowała odejścia w
zapomnienie również jego pracy. Kontynuowano ją w ZSRR, gdzie
historia Baian Kara Ula zyskała szeroki rozgłos po publikacji w
miesięczniku popularnonaukowym "Sputnik". Światowej
sławy filolog białoruskiej akademii w Mińsku dr Wiaczysław
Zajcew przedstawił fragmenty tekstów zapisanych na granitowych
krążkach. Dzięki temu artykułowi sprawa ta stała się wreszcie przedmiotem zainteresowania również na Zachodzie. W
artykule tym możemy przeczytać iż przed 12 tysiącami lat
grupka przedstawicieli ludu, z którego wywodzą się autorzy
tablic znalazła się na trzeciej planecie układu gwiezdnego.
Ich "pojazdy powietrzne" nie miały jednak dość mocy,
by opucić ten świat. Uległy zniszczeniu w wysokich górach,
rodków i możliwości na budowę nowych nie było. Rozbitkowie
próbowali nawiązać przyjazne stosunki z tubylcami, ci jednak
poczęli na nich polować i zabijać, organizując konne nagonki
na budzących odrazę, opisywanych, jako wyjtkowo brzydcy
Dropa. Czy doszło do masakry, która zmiotła z powierzchni
ziemi przybyszów ? Wszystko wskazuje na to, że nie ! Ostatnie
zdanie z tekstu Zajcewa brzmi bowiem następujco: "Kobiety,
dzieci i mężczyźyni ukrywali się aż do wschodu słońca w
jaskiniach. Potem zawierzyli znakom i zobaczyli, że mieszkańcy
gór przybyli tym razem w pokojowych zamiarach..." Za
tym, iż doszło do pojednania między Obcymi, a rdzennymi
górskimi plemionami przemawia wiele dowodów. Po pierwsze,
część tekstu jest napisana w sposób, w którym narratorem są
zwykli ludzie, początkowo przerażeni przybyciem kosmitów. Po
drugie w grobach szeregowych odnaleziono również szkielety o
normalnym wzroście - ludzkie szkielety.
Sprawą Baian Kura Ula interesował się również
angielski badacz Karyl Robin-Evans. Według jego zapisków co
najmniej jedna z 'tarcz' znalazła się w roku 1945 w Indiach,
gdzie zwrócił na nią uwagę profesor Sergei Lolladoff,
będący wówczas w służbie wojskowej w Mussorie na północy
Indii. Lolladoff kupił ową kamienną tarczę za 60 funtów.
Artefakt miał średnicę 22,9 cm i 5 cm grubości, ważył 13,5
kg. Nie bardzo to pasuje do naszych dotychczasowych informacji o
wymiarach dysków, ale najprawdopodobniej były to zlepione ze
sobą 'talerze' nie oczyszczone, tak jak te badane w Moskwie i
Chinach. Przedmiot ten miał ponoć należeć do plemienia Dzopa,
którym służył przy obrządkach religijnych. Po powrocie do
Anglii znaleziskiem zainteresował się przyrodnik dr
Robin-Evans. Wspólnie przeprowadzili kilka eksperymentów,
które czynią kamienne 'tarcze' jeszcze bardziej niezwykłymi.
Otóż artefaktu nie udało się przewiercić nawet przy użyciu
wiertła diamentowego! Jeszcze bardziej niezwykłe okazały się rezultaty pomiarów wagowych znaleziska... Ciężar cyklicznie [w
rytmie trzyipółgodzinnym] zwiększał się i zmniejszał!
Podczas dwudziestoczterogodzinnego cyklu dowiadczeń igła
rejestratora wykreśliła linię falistą! Wedle znanych nam
prawideł fizyki powinno to być absolutnie wykluczone ! Po
publikacji swych prac z Robinem-Evansem skontaktowali się rosyjscy badacze, którzy przekazali Anglikowi informacje o
naskalnych wizerunkach tychże kręgów, które pochodzić miały od plemienia wykazujcego wyraźną degenerację fizyczną, a jego członków nie można odwieść od przekonania,
iż są potomkami istot z kosmosu. Co mógł w tej sytuacji
zrobić dociekliwy badacz? Oczywicie udał się we wskazane
miejsce.
Do ojczyzny Dzopów dr Robin-Evans dotarł przez Lhasę [Tybet w połowie lat 40-tych nie był jeszcze zaanektowany przez
Chiny]. Plemię to miało mieszkać na granicy prowincji Cinghaj
i Syczuanu, a dotrzeć tam musiał Anglik samotnie, gdyż
przewodnicy i tragarze odmówili zbliżania się do
"budzącej grozę krainy Dzopów". O dziwo plemię naprawdę istniało ! Przyjęło przybysza zrazu nieufnie, lecz
badacz szybko zdołał przekonać tubylców, iż nie ma złych
zamiarów. Przydzielono mu nawet nauczycielkę języka Dzopów.
Oto co, dzięki tej wyprawie dowiedział się dr Karyl
Robin-Evans: Praojczyzną Obcych jest rzekomo układ
Syriusza. Przed tysiącami lat wielokrotnie odbywali oni
ekspedycje badające swój macierzysty układ słoneczny.
Okazało się iż mogą zamieszkać na jednym z dwóch
księżyców swej planety, jednakże pomiędzy mieszkańcami
księżyca, a ciągle nowymi przybyszami z planety doszło do
wojny, która zakończyła się całkowitym wyniszczeniem
księżyca. Dopiero wówczas mieszkańcy układu Syriusza
podjęli wyprawy do innych układów gwiezdnych. Jak
relacjonują kamienne 'talerze': "Zaplanowano 20
wypraw. Jeden ze statków z Syriusza odwiedził dwanaście
różnych planet, ale nie natknął się na żadne formy życia.
Zamieszkana była dopiero planeta trzynasta, a trzecia w swoim
układzie słonecznym." Dobrze wiemy, co to za
planeta: to była Ziemia ! Tak więc na błękitną planetę przybyła wyprawa Obcych. Być może to od nich afrykańskie
plemię Dogonów zaczerpnęło swą niezwykłą wiedzę o Syriuszu
? W końcu mieszkańcy tamtego układu powinni być w tych
sprawach najlepiej zorientowani.
Zanim przejdziemy dalej wypada wyjaśnić kwestią zwizaną z nazwą plemienia. Utożsamianie ze sobą ludów
Dropa i Dzopa opiera się bowiem nie tylko na podobieństwie obu
okreleń. Sprawę tę wyjaśnia dogłębnie w swej książce:
"Zadziwiajce odkrycia tajemnic legendarnego ludu
Tybetu" sam Robin-Evans. W "Wskazówkach wymowy"
pisze, iż określenie Dzopa, a raczej Tsopa jest sposobem wymowy
nazwy Dropa. Stąd pochodzą różnice: badacze chińscy i
radzieccy dysponowali jedynie źródłami pisanymi i stąd nie
umieli właściwie odczytać nazwy plemienia. Ale kontynuujmy
nasz opowieść Przekazy Dzopów [zarówno pisane, jak
i ustne] mówią, iż przybysze powrócili w końcu na ojczystą
planetę. Tamtejsi decydenci dowiedzieli się jednak, że
członkowie załogi spłodzili i zostawili na Ziemi potomstwo.
Przygotowano więc drugą wyprawę, która skończyła się jednak katastrofą. Obcy utracili kontrolę nad statkiem
kosmicznym, który rozbił się w rejonie gór Bajan Char i
uległ całkowitemu zniszczeniu. Większa część załogi
zginęła, albo była ciężko ranna. Niedobitki z trudem
utrzymywały się przy życiu. W tym momencie opowieść ta zbiega się z historią odczytaną w Chinach ! W pięć lat po
przybyciu, w wyniku dziesiątkowania przybyszów przez miejscową
ludność żyło już tylko 30 rodzin astronautów z Syriusza.
Utraciwszy w katastrofie wszelkie techniczne narzędzia żyli w
najprymitywniejszych warunkach, starając się przeżyć i
udokumentować swój los na kamiennych płytach i naskalnych
malowidłach.
Więcej Robin-Evans nie zdołał się dowiedzieć.
Odmówił poślubienia swojej nauczycielki, która zaszła z nim
w ciążę i został zmuszony do opuszczenia wioski. Notatki
zostały za opublikowane na długo po jego śmierci, bo dopiero
w 1978 roku.
Tymczasem w Chinach wygasała rewolucja kulturalna i w
1974 po raz pierwszy przyznano, iż kamienne artefakty nie są
żadnym mitem i dopuszczono do nich austriackiego inżyniera
Ernsta Wegerera. Zaledwie dwa lata wcześniej na pytania innego
badacza Petera Krassa odpowiadano nieustannie: "Nie wiemy
nic...". Na dwa kamienne dyski Wegerer trafił wraz z żoną
w Muzeum Banpo. Początkowo sądził, iż są one wykonane z
marmuru. Miały po 28 i 30 cm średnicy, ponad 1 cm grubości i
były pokryte pismem rowkowym rozchodzcym się od otworu w
środku 'talerzy'. Odpowiada to mniej więcej pozostałym opisom
artefaktów ludu Dropa. Tymczasem nikt w muzeum nie był w stanie
wytłumaczyć czym są oba znaleziska. Jako, że Muzeum Banpo
wystawia tylko eksponaty gliniane sugerowano, iż eksponaty są
wykonane właśnie z gliny. Jednakże Wegerer stanowczo temu
zaprzecza. Jest pewien, iż przedmioty są wykonane z kamienia i
ważą po co najmniej kilogram. W 1994 roku Peter Krass i Hartwig
Hausdorf odwiedzili muzeum opisywane przez Wegerera. Po
kamiennych 'talerzach' nie było śladu ! Jedynymi świadectwami
prawdziwości znaleziska pozostały cztery zdjęcia wykonane
przez Weregera. Niemcy trafili natomiast na gliniane kopie
artefaktów. Odwzorowano nawet pismo rowkowe rozchodzące się łukowato od otworu na środku ku brzegowi krążka. Po
oryginałach wszelki ślad zaginął. Płyty stały się również przedmiotem kultu, ich repliki w postaci jadeitowych pyt
o średnicy 7 - 16,5 cm, z otworem w środku i ząbkowanych
brzegach wisiały pionowo w licznych pałacach chińskich
dostojników i cesarzy dynastii Szang na dwudziestocentymetrowych
obeliskach. Zamieszania spowodowanego przez zdjęcia tajemniczych
kamiennych płyt nie da się już wyciszyć. Pozostaje mieć nadzieję iż w Chinach podejmie się dziaania, które
pozwolą ujawnić skrzętnie ukrywane dowody na rzeczywiste
istnienie znaleziska w jaskiniach Baian Kura Ula.
Istnieją jednakże inne dowody prawdziwości
przekazów z gór Bajan Char. A odnajdziemy je w... Meksyku.
Powszechnie znanym jest fakt, iż słynne olmeckie 'głowy' są
wizerunkami murzynów. Niewielu natomiast wie, iż znajdziemy
również oblicza ludzi rasy mongoidalnej: ze skośnymi oczyma i
spiczastymi bródkami. A już na pewno niewielu wie o odkryciach
Williama Nivena, którego zapiski opublikował James Churchward
znany ze swej kontrowersyjnej teorii o istnieniu w prehistorii
kontynentu Mu, co - na marginesie - znajduje swe potwierdzenie w
pracy Josepha Blumricha pod tytuem: "Kassakara i siedem
światów ", będącej zapisem legend indian Hopi uznających
się za, w prostej linii, potomków Majów. Odkryciom Nivena
Churchward poświęcił swą książkę "Druga księga
kosmicznych sił zbrojnych Mu". Tytuł zabawny, ale to, o
czym praca ta traktuje dalekie jest od żartu. Niven prowadził
prace wykopaliskowe na terenie około 2 tysięcy mil kwadratowych
na Wyżynie Meksykańskiej pomiędzy Tecoco i Haleupantla.
Odkrył tam tysiące grobów, w większości okradzionych już w
III wieku naszej ery, oraz przez Azteków w czasie budowy
Tenochtitlan. Skłoniło to Nivena do znacznego ograniczenia
regionu wykopalisk. W dolinie rzeki archeolog trafił na tysiące
glinianych figurek przedstawiających ponad wszelką
wątpliwość przedstawicieli rasy mongoidalnej. Czy nie
przypomina to sławnych 'glinianych armii' odkrytych w Chinach ?
Znalezisko naprawdę niezwykłe jednak jeszcze przed nami. W
kopalni gliny między San Miguel Maantla a Haluepantla, 10
metrów pod ziemią, gdzie znalazł figurki "małych
Chińczyków " Niven trafił na pomieszczenie mające około
4 metrów kwadratowych, pod podłogą którego odkrył szkielet
mężczyzny mającego niecałe półtora metra wzrostu. Jego
szkielet wykazywał niezwykłe cechy anatomiczne: niezwykłe
długie ręce sięgające do kolan, duża czaszka wykazująca
cechy mongoidalne. Na szyi miał zawieszony naszyjnik z zielonego
jadeitu - minerału nie występujcego w Meksyku ! Dla Nivena
dowody te świadczą jednoznacznie, iż w przeszłości dziwni
mali Chińczycy przebyli ocean docierając do Meksyku. My wiemy
oczywicie jak nazwać tych Chińczyków - Dropa. Co więcej
rzekomy książę Majów odkryty w Palenque również mia na
sobie ozdoby z jadeitu, zielonego jadeitu, który nie występuje
w Meksyku, jest za to popularny w Chinach, gdzie od
niepamiętnych czasów jest symbolem boskości. Wiek szkieletu
Niven określił na 16 tysięcy lat, tymczasem, szkielety z Baian
Kura Ula datowane są na 12 tysięcy lat. O czym to świadczy ?
Przypomnijmy sobie fakt, iż szkielety odkryte w Chinach są
szczątkami uczestników drugiej wyprawy, pierwsza wizyta gości
z Syriusza miała miejsce o wiele wcześniej ! Czy to koniec
dowodów ? Oczywicie, że nie. Są jeszcze piramidy ! A
konkretnie - kompleks piramid w Mao Ling. Budowle te
architektonicznie są naprawdę niezwykłe, niektóre są
dokładnym odbiciem łamanych piramid z Meksyku właśnie, są
niemal idealnymi kopiami piramidy słońca z Teotihuacan, inne
są odbiciem egipskiej piramidy schodkowej z Sakkara ! Meksyk,
Egipt, Dogonowie, Chiny... Wszystko wskazuje na to, iż pierwsza
wyprawa Obcych objęła swoim zasięgiem całą planetę
3 listopada 1995 jeden z najżarliwszych zwolenników
teorii Baian Kura Ula wziął udział w talk show w telewizji
RTL. Hartwig Hausdorf przedstawiał oczywiście sprawę kamiennych tarcz z Bajan Char. Przedstawił on następujące
oświadczenie: "Wedle dzisiejszego stanu wiedzy
można dojść do tego, że w górzystym regionie centralnych
Chin JESZCZE DZIŚ żyją niezwykle mali potomkowie domniemanych
rozbitków z Kosmosu."
Rozpętała się burza, krzyczano, że sprawa została
zamknięta już w latach 70-tych, a jedyne informacje o plemieniu
karłów żyjcym w Chinach pochodzą z lat 40-tych i już się nigdy nie pojawiły. Rok później z Chin napłynęła depesza
informacyjna następujcej treści:
"Wieś karłów - winne
zanieczyszczenie rodowiska ?
Wieś w chińskiej prowincji
Syczuan. Pośród ryżowych pól i bambusowych zagajników stoją
niezwykle małe domy. Wieś karłów. Mieszka tu 120 mężczyzn i
kobiet wraz z dzieći. Wiele z nich nie osiga nawet 115 cm
wzrostu. Najniższy dorosły osobnik ma tylko 63,5 cm. Zbudowali
swoje domy tak, jakby to były domy dla lalek. Mają maleńkie
drzwi, małe stopnie schodów. Krótkie łóża. Jeżdżą
wyłącznie na dziecinnych rowerkach. Wieś karłów stanowi
zagadkę dla specjalistów. Statystyka twierdzi bowiem, że tylko
jedno dziecko na 20000 narodzin przychodzi na świat z
genetycznymi zahamowaniami wzrostu. Naukowcy, którzy byli w
wiosce, uwaąają, że za karłowaty wzrost odpowiedzialne jest
zanieczyszczenie środowiska, na przykad szkodliwe spaliny ,
zanieczyszczona chemicznie woda do picia. Ale może wzrost jest
hamowany przez jakiś szczególny gen [...]".
Czy to naprawdę Dropowie / Dzopowie ? Zastanówmy się chwilę nad podawanymi wytłumaczeniami karłowatości
mieszkańców wioski. Z miejsca można wykluczyć czynnik
przypadku wynoszący 1:20000. Liczba zer potrzebnych dla
wyrażenia prawdopodobieństwa przypadku u wszystkich
mieszkańców wioski zapełniłaby sporej objętości książkę.
Podobnie można wykluczyć kwestię zanieczyszczenia. Wioska
leży w górach, w odległości 200 kilometrów na południe od
Czengtu - najbliższego dużego ośrodka przemysłowego.
Bezpośrednia okolica wioski to zaś teren rolniczy pozbawiony
zakładów przemysłowych, a samochody to tu nieznany luksus.
Wioska leży w dolinie u podnóża gór Bajan Char, gdzie
Dzopowie mieszkali w czasie pobytu u nich Robina-Evansa. Być może to, że zdecydowali się zejść niżej przyczyniło się do ich nagłego 'odkrycia'. Pojawienie się karłów w o wiele
gęściej zaludnionym terenie musiało wywołać sensację
Co ciekawe Chińczycy nie dementują istnienia wioski
karłów, jednakże wszelkie próby dotarcia do niej są
skutecznie blokowane przez władze. Cały teren jest szczelnie
zamknięty dla obcokrajowców.
Ale:
- Faktem są kamienne płyty zawierające historię przybyszów z kosmosu. Faktem jest istnienie po dziś
dzień potomków Obcych.
- Faktem jest, że przed 12 tysiącami lat doszło
do 'chińskiego Roswell'. I nie zmieni tego dalsza
negacja, tuszowanie sprawy, nawet jeśli wymrą ostatni
potomkowie gości z Syriusza, a nam nie pozwoli się poznać całej prawdy o ich niezwykłej historii.
na podstawie:
- wywiadu z Aleksandrem Kazancewem i Josifem
Samoilowiczem Szkowskim - szefem Wydziału
Radioastronomicznego moskiewskiej Akademii Nauk,
zamieszczonego w "Z powrotem do gwiazd" Ericha
von Danikena.
- "Siejba i Kosmos" oraz "Mój świat w
obrazach" tego samego autora.
- "Syndrom Sfinksa" Waltera-Jorga Langbeina
- "Satelity bogów. W zamkniętych strefach
Chin" Hartwiga Hausdorfa i Petera Krassa'y
Odwiedź też galerię, tam znajdziesz zdjęcia:
- Chi�zycy w Ameryce
- Chi�kie Piramidy
- Talerze z Bajan Char
|